pracować dłużej i zawierać więcej kontraktów.

– To tam, gdzie były kanapki w kształcie łabędzi, mamo?

A potem skontaktuj się z Kate i Richardem. Powiedz im, że mają
zaskoczona.
- Ale przecież przeprosili. Czy to nie wystarczy?
Zdecydowała, że wypije kawę dopiero w ,,Uncommon Bean’’. Narzuciła
do popołudniowej drzemki.
Kelly podniosła na nią swoje wielkie, pełne rozpaczy oczy.
spały twardo do rana – odrzekł i nagle zapragnął pobyć z nią choć
jrzeniem. Gdyby jednak zastanowił się, jak może
Malinda spojrzała na zamknięte drzwi do pokoi
droższe niż inne, ponieważ znajdowało się w starej części miasta, sześć
myślach, że nawet nie zauważyła kelnera, który cierpliwie czekał.
do wtrącania, które Malinda przyjęła równie ochoczo,
Przeprosiny przyjęte.
-Czyje to jest? - zapytała dziewczynka, podskakując dookoła

Kapelusz uciskał ją w skronie, wywołując ból głowy, więc Sayre zdjęła go już wcześniej. Rozpuściła również włosy, pozwalając im spłynąć na plecy. Wilgoć w powietrzu sprawiła, że skręciły się w naturalne loki, które zawsze prostowała szczotką i żelazkiem do włosów. Przed chwilą pochwyciła swoje odbicie w lustrze na korytarzu i zauważyła, że znów były w nieposkromionym nieładzie, tak jak w młodości. Promienie słońca wpadające przez wysokie okna oranżerii błąkały się po jej lokach, rozpalając je żywą czerwienią. Beck przyglądał się grze światła na włosach w taki sposób, że Sayre nagle zatęskniła za cieniem. Drażniło ją również to, że musiała odchylać głowę, aby na niego spojrzeć. Alternatywą było przemawianie do sprzączki jego paska. Tak czy owak, była na przegranej pozycji. Postanowiła wyjść i z tą intencją przesunęła się ku brzegowi ławki. - Przepraszam - rzuciła, wstając. - Interesujące imię. Zatrzymała się w pół ruchu i spojrzała na niego przez ramię. - Słucham? - Sayre. Kto ci dał to imię? - Matka. - Rodzinna tradycja? - To po jej prababce ze strony ojca. - Podoba mi się. - Dziękuję. Mnie też. - Przez cały ten czas, od kiedy zacząłem pracować dla waszej rodziny, nie wiedziałem, jak się je wymawia. - Tak, jak się pisze. - Wygląda mi na to, że powinno brzmieć S-a-y-e-r, a nie S-a-y-r-e. - Czy to ma znaczenie? - Najwyraźniej nie. Znów zamierzała wstać, ale zatrzymał ją: - Wciąż nie odpowiedziałaś na moje pytanie, Sayre przez r-e. Tym razem odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy. - Próbuje pan być miły? - Nie, po prostu podtrzymuję konwersację. Wygląda jednak na to, że cokolwiek bym powiedział, choćby zupełnie błahą rzecz, i tak cię zirytuję. Dlaczego? Westchnęła głośno i skrzyżowała ręce. - Nie przypominam sobie pana pytania. Skinął głową w kierunku pianina. - Potrafisz na tym grać? - Niestety, nie. Gdy miałam osiem lat, matka zapisała mnie na lekcje gry na pianinie i kazała mi ćwiczyć godzinę dziennie, „ponieważ każda młoda dama powinna grać na instrumencie", jak powiedziała. - Sayre uśmiechnęła się na wspomnienie reprymend za to, że nie chciała się uczyć, - Próbowała poskromić moją dzikość serca, ale koniec końców poddała się i uznała, że jestem przypadkiem beznadziejnym. Gra na pianinie wymaga talentu muzycznego i samodyscypliny, których ja nie posiadałam. - Naprawdę? - Przycupnął tuż obok niej, plecami do instrumentu. Siedzieli udo w udo i twarz w twarz. - Brakuje ci samodyscypliny? - Nie miałam jej jako ośmiolatka - odparła oschle. - Od tamtego czasu nieco nadrobiłam zaległości.

Prasa coraz usilniej domagała się zdjęć następcy tronu. Mark odwlekał to tak długo, jak się dało, w końcu jednak po trzech tygodniach uległ presji i zezwolił na sesję foto¬graficzną w ogrodach zamkowych. Pstrykały aparaty, bły¬skały flesze, a zachwycony wesołą zabawą Henry śmiał się i wymachiwał ukochanym misiem. Reporterzy cmokali z zachwytu.
- Maska długo nie chciała się zgodzić na pokazanie prawdziwej twarzy. Zgodziła się dopiero wtedy, kiedy

A jednak książęca rodzina zniszczyła ją. Mark ponuro zacisnął wargi na myśl o tym, co spotkało jego matkę. Z tego właśnie powodu nie chciał mieć nic wspólnego z dwo¬rem, zamkiem, koroną i władzą. Owszem, spełni swój obo¬wiązek, ponieważ kocha swój kraj, ale nie zrobi nic więcej ponad to, co konieczne. Sceduje część uprawnień na par¬lament i rząd, a potem odda panowanie Henry'emu - ale to jeszcze odległa przyszłość. Na razie przekona Tammy, by zarządzała zamkiem, co umożliwi mu powrót do Renouys. Chciał uciec z królewskiej siedziby.
- Bo piję - stwierdził wprost Pijak.
na przemian kopali leżącego. - Zostawcie go! - Sayre chwyciła jednego z nich za koszulę i szarpnęła do tyłu. Mężczyzna odwrócił się, zaciskając pięści. Zamarł, widząc, kto go odciągnął. Sayre przecisnęła się przez tłum, stając obok dwóch demonstrantów, pochylonych nad Beckiem. - Przestańcie! - krzyknęła, gdy jeden z nich zamachnął się, aby wymierzyć leżącemu mocnego kopniaka. Napastnik zawahał się i spojrzał na nią. Wykorzystując moment oszołomienia, Sayre odepchnęła go na bok i uklękła obok Becka. Jego twarz pokryta była krwią i potem, ale nie stracił przytomności. Sayre spojrzała na Luce Daly. - Odwołaj ich! W ten sposób niczego nie osiągniesz. - Ale będę miała satysfakcję. Sayre zerwała się na równe nogi, stając twarzą w twarz z żoną Clarka. - A Clark? Czy dzięki temu poczuje się lepiej? Wczoraj w nocy to Beck zawiózł go do szpitala - dodała, widząc cień niepewności w oczach Luce. - Nadal jest jednym z nich. - Ja nie jestem. - Jasne - rzuciła Luce pogardliwie. - Tylko z urodzenia, Luce. Nie mogę nic na to poradzić. Nie jestem jedną z nich i nie sądzę, byś naprawdę uważała, że jestem. Wiem dlaczego mnie nie lubisz - ciągnęła, gdy jej rozmówczyni nie wykazała chęci do dyskusji. - Rozumiem cię, ale przysięgam, że nie jestem twoją rywalką. Clark jest twoim mężem. Kocha cię, a ty kochasz jego. Uczyń atak na niego czymś znaczącym, Luce. Czymś więcej, niż tylko zemstą za to, co stało się wczoraj w nocy, i za to, co zdarzyło się dawno temu, zanim jeszcze Clark cię poznał. - Spojrzały sobie prosto w oczy i Sayre wyczuła, że Luce stopniowo się uspokaja. - Jeśli chodzi o tych, którzy pobili Clarka, to mogę wierzyć słowu Merchanta, że zostaną ukarani? - spytała wreszcie. - Nie musisz wierzyć jemu. Masz na to moje słowo. Luce wpatrywała się w nią długo, a potem odwróciła się do mężczyzny z mikrofonem i skinęła szorstko głową. Agitator kazał odsunąć się ludziom otaczającym Becka. Sayre przyklękła i wsunęła dłonie pod jego ramiona. - Będziesz w stanie wstać? - Tak, ale powoli. Beck nie pozwolił zabrać się do szpitala. - Ostatnio byłem na pogotowiu więcej razy, niż potrafię zliczyć - skrzywił się boleśnie, odpowiadając na jej sugestię. - Na pewno masz połamane żebra. - Nie. Wiem, jak to jest. Kiedyś złamałem dwa. Futbol. Nie jest tak źle. Po prostu zabierz mnie do domu. Trzymał się za bok, zaciskając zęby, gdy Sayre skręciła z szosy na drogę wiodącą do jego domu. - Wychodząc, zamknij za sobą bramę - poprosił. - Media. Sayre nie pomyślała o zainteresowaniu prasy wydarzeniami tego poranka, ale naturalnie znajdą się one w wiadomościach. Dziennikarze będą na pewno szukać kogoś z Hoyle Enterprises, żeby przeprowadzić z nim wywiad. Bez wątpienia Nielsona też. Nie zatrzymała się przed domem, lecz podjechała od tyłu. - Co robisz? - Tutaj nikt nie zobaczy mojego samochodu. - Sayre, nie musisz mnie odprowadzać do domu.

Ledwo zdążyła przełknąć jeden kęs, rozległo się pukanie do drzwi. Do komnaty wszedł książę Mark, ubrany z nie¬skazitelną elegancją. Ciemny, wieczorowy garnitur, śnież¬nobiała koszula, krawat w odcieniu królewskiego błękitu.
ROZDZIAŁ ÓSMY
Myślała z największym trudem i ledwo oddychała, ponieważ Mark wciąż stał tuż przy niej.
- Nic nowego.
- Nie pytałam o kompetencje - skwitowała zimno.
W tym momencie Róża cichutko podpowiedziała Małemu Księciu:
Tammy obrzuciła zaniepokojonego Marka triumfalnym spojrzeniem i szybko otworzyła drzwi. Za nimi stało dwóch postawnych strażników. Ich spojrzenia powędrowały w stro¬nę Marka.
domyślił się, że stoi przed Badaczem Łańcuchów. Przedstawił się więc grzecznie i opowiedział, skąd przybył.

©2019 pod-wielki.lezajsk.pl - Split Template by One Page Love